piątek, 30 stycznia 2026

Przyjaciel

 Zaprzyjaźniłam się. I cenię tę przyjaźń, bo... się opłaca.

Mój przyjaciel jest codziennie obecny. Widzę go, słyszę, rozumiem. Całe lata  go rugałam za wszystko. Za chęć życia najbardziej.  Za rysy na idealnej wizji człowieka bez skazy. Jezu. Nienawidzę tego.

Tak. Zbuntuj się. Zabij tego kalekę mentalnego, który nie pozwala ci chodzić i mówi, że jest przyjacielem a nie jest. Odetnij się od niego albo nie zrobisz kroku ni jednego. Będzie cię trzymał w twoim zatrutym mindsecie i wmawiał ci, że nic więcej się nie zadzieje w twoim świecie. Odetnij tego truciciela, który wydaje twoje pieniądze na złe żarcie i zbędne ciuchy. Gadżety bez znaczenia. I bez znaczenia luksusy. 

Jesteś w pułapce i tak właśnie mija ci czas. Na nic. Po nic. 

Jesteś swoim śmiertelnym wrogiem a możesz być przyjacielem.

Owszem, chwalę się. 

Mój wróg został namierzony i dostaje w ciry. Dzięki temu przyjaciel zyskuje. Widzę go. Zaczynam rozumieć. Ale jest bardzo kruchy.

Jednak zamierzam go bronić bo, odkąd go w sobie odnalazłam,  moje życie zajaśniało i nie zamierzam, by zgasło.





wtorek, 20 stycznia 2026

O mnie, Szawle.

 Odsłuchałam pewien materiał, w którym muzułmanin daje  świadectwo swojego nawrócenia na katolicyzm. Podaję  tytuł: 'Muslim activists invaded Catholic  Church to stomp on Eucharist'. Film  do znalezienia na you tube. 

Rzeczywiście, grupa oddanych Allachowi muzułman wtargnęła na katolicką Mszę, by oskarżyć uczestniczących o największy możliwy grzech, czyli czczenie chleba i wina zamiast prawdziwego Boga. I dla katolików i dla muzułman czczenie stworzenia jest bałwochwalstwem, bluźnierstwem. I tak na Mszę katolicką patrzał autor wspomnianego nagrania, jak na chorą praktykę bałwochwalczą. Jak dla mnie, było to  doświadczenie dogłębnego nawrócenia, podobnego do tego, którego  doświadczył  św. Paweł. Materiał naprawdę dał mi kopa. Ten człowiek, wówczas muzułmanin, poprzez świadectwo uczestników Mszy, znalazł Boga, którego myślał, że zna. Zobaczył jak tragicznie się mylił, sądząc, że  musi stale zabiegać o Jego względy, dokonywać nieustannie nadludzkiego wysiłku, by się Mu przypodobać, w strachu, że byle zaniedbanie sprawi, że straci Jego przychylność. Wtedy, na tamtej Mszy w drzazgi padł system, który go trzymał w karności. Odczuł wszechogarniającą go miłość, akceptację i światło, którego źródła nie rozumiał. Kluczową rolę, poza oczywiście samym Bogiem,  odegrał wtedy ksiądz posługujący we Mszy i wierni. Polecam ten film szczerze sobie obejrzeć. Ja się nie mogłam oderwać. Ja, stary katol, ugruntowany w wierze poprzez liczne trudy i ostre bitwy z sobą samą, pomyślałam, że ciągle jestem Szawłem.

Ludzie. Kwestią kluczową jest świadectwo naszej własnej wiary. 

Nie trzeba wiele mówić, nie trzeba nawracać werbalnie. Trzeba znać Pismo Święte, mieć na co dzień czas dla Boga i dać się kształtować duchowo Duchowi Świętemu. Porzucać fasady i przylgnąć do prawdy. Porzucać próżne zajęcia i robić to, co trzeba.

Wtedy świat się będzie odmieniał.

Fasada to ponura świątynia sztucznego boga, którym się sami  czynimy a wiara w Boga wywraca wszystko do góry dnem. By góry przenosić i usadzać na właściwe miejsce. To się wszystko dzieje w jednym celu i poza nim nic nie ma sensu: odnaleźć w sobie Boga i z Nim dojść jakoś do Nieba.





sobota, 10 stycznia 2026

Coś się zrypało

Tak. Miałam wtedy pisać o polityce. Ciul z nią. Tak,  ujęłam to brzydko. Minął od wtedy miesiąc a ja nie znalazłam czasu, by skończyć tamten tekst. I co? Jajco. Nic. 
Szkoda nie zadać pytania, po co w ogóle zabierać głos. Powody? Tak. Są ale krzyczą o rewizję sensu.
Ja wiem, że jak coś napiszę, to ma to przeważnie sens, nie jest powierzchowne i powielone od innych. Jestem dociekliwa, wytrwała i , cholera, oryginalna. Ale, wiecie co? Nikogo specjalnie to nie interesuje. I szlus. Wszystko w temacie. Mam pewną liczbę tak zwanych odsłon czy wejść czy jak to tam nazwać. Liczba nie jest równa zero ale nie robi na mnie wrażenia. Ma robić??? No, chyba nie.
Niniejszym pozdrawiam wszystkich odwiedzających mój blog.
Ale, powiedzmy sobie szczerze, nie jest was wielu a ja mam wywalone na tzw autopromocję. Nie znam się na tym i nie mam czasu. Tak. Mam ważniejsze sprawy. 
Chcecie wiedzieć, jakie?  Pytanie jest retoryczne bo i tak odpowiedź napiszę.
Ja kocham życie. Pisanie też ale życie bardziej. 
Życie nieraz oznacza wycięcie z życia. 
Uwielbiam paradoksy.
Jeżdżę teraz pociągiem a George mnie odbiera z Zielonej.
Zima szaleje, auto stoi pod oknem.
Gdy ląduję na mecie, jest moc. 
Tamtych dwoje, Profesor, ja i George. 
Poza tym nie ma nikogo. 
I tu się zaczyna kaszana i kończy.
Tak. Jest okej. Jet super. Kwitniemy i Ona też. Jest z każdym dniem coraz lepiej.
Jest po prostu zajebiście a jak nie wierzycie to dalej, zajrzyjcie.
Albo właściwie, dajcie se spokój.
Amen w pacierzu. I takie jedno słowo.
Uf. Idę spać. Co za luksus. Czaicie?